sobota, 24 maja 2014

Ah, ten "cudowny" poniedziałek...

Do napisania tego postu przymierzałam się już od zeszłego piątku. Postanowiłam, że będzie bardzo motywujący. Chciałam napisać że wszystko da się jakoś zorganizować, że w życiu dostajemy wszystko, tylko czasem z opóźnieniem. Tak wyglądała moja wizja przez weekend. Jednak po pewnym czasie stwierdziłam, że ten post was dowartościuje, bo poczytacie sobie o moich niepowodzeniach.
---------------------------------------------------------------------------------

Poniedziałek. To był jeden z moich gorszych dni w tym tygodniu? miesiącu? roku? Nie ważne. Jednak kompletnie nic mi nie wychodziło. 

Kiedy rano przyszłam do szkoły wszystko było ok. Nawet okazało się, że nie mamy godziny wychowawczej, więc wychodzimy po siedmiu lekcjach. Stwierdziłyśmy z moją przyjaciółką, że pójdziemy wtedy coś razem zjeść. 

Na matematyce dostałam 3- z poprawy sprawdzianu. Ok, to mnie nie załamało, bo chyba i tak nie uda mi się wyciągnąć czwórki na koniec roku. Trudno. Za to na informatyce zawaliła się moja idealna średnia. Nie, żeby mi tak strasznie zależało na ocenach, ale gdybym dalej miała same piątki, dostałabym 6 na koniec. I byłaby też na świadectwie po trzeciej klasie. Potem jeszcze zawaliłam test z francuskiego. 

Kiedy wyszłam ze szkoły, stwierdziłam, że już będzie tylko lepiej. Poszłyśmy z przyjaciółką do McDonalda, żeby coś zjeść. Zastałyśmy kilometrową kolejkę, w której stałyśmy chyba 20 minut. Później, wsiadłam jak zawsze do ósemki, na której jak zawsze było napisane "Bronowice małe". Dopiero w środku okazało się, że ma zmienioną trasę. Wysiadłam z niej pod Bagatelą. Z tamtąd miałam jeszcze inne tramwaje. Które nie wiadomo dlaczego nie przyjechały. Już wiedziałam, że spóźnię się na autobus. Stwierdziłam, że wrócę z mamą.

Bardzo nie lubię z nią wracać, ponieważ prawie zawsze zatrzymujemy się w jakimś sklepie i pochłania to mnóswto czasu. A poza tym, zazwyczaj kończy pracę później niż ja szkołę, więc nie opłaca mi się na nią czekać. Więc zazwyczaj wracam autobusem. Jednak w poniedziałek nie musiałam długo czekać.

W domu byłyśmy o siedemnastej. Gdybym nie poszła z Zośką do tego Maca, to byłabym o 14.30... No ale już trudno. W półgodziny obrobiłam lekcje (?). Nie wiem jak mi się to udało. Potem szybko coś zjadłam i dosłownie pobiegłam do Lusi, jej tata miał nas zawieźć do stajni.

Oczywiście Natan miał mnie w głębokim poważaniu. Ale konie wyczuwają nasze emocje, więc to nic dziwnego. Ćwiczyliśmy różne rzeczy na kantarze sznurkowym (tym razem siedząc na koniu), między innymi odwracanie głowy. Jednak mój ukochany koń odwracał się tylko wtedy, kiedy obok niego przechodził pan Bartek ze swoją zapiekanką -.-

Później jeszcze krzywo sobie stanęłam i noga bolała mnie przez dwa, trzy dni. No i wieczorem jeszcze się uczyłam. Późno poszłam spać. Spałam może 6 godzin. Da się funkcjonować, jednak zazwyczaj śpię około ośmiu.

----------------------------------------------------------------------------

W tym tygodniu naprawdę przekonałam się co to znaczy nie mieć życia. Miałam w szkole pełno prób do konfrontacji teatralnych, pełno kartkówek i innych beznadziejnych rzeczy.

Tak, ale nauczyłam się kilku bardzo ważnych rzeczy:

-nikt nie jest idealny

-kiedy zaczynamy wierzyć w to, że jesteśmy dobrze zorganizowani i wydaje nam się, że dobrze sobie za wszystkim radzimy, to życie postanawia nam udowodnić, że się mylimy, że jest znacznie trudniej niż myślimy

-da się funkcjonować śpiąc sześć godzin na dobę przez pięć dni!

-strona MPK nie informuje o wszystkich zmianach w rozkładzie, nie ufam im już -.-

-kiedy jesteś na najlepszej drodze do osiągnięcia jakiegoś sukcesu, to pod koniec wszystko lubi się zawalić

-konie naprawdę odczytują nasze emocje!

-------------------------------------------------------------------------------

A jeśli chodzi o motywację... To we czwartek znalazłam pewną rzecz. Która pomogła mi uwierzyć w siebie. I piątek był już zdecydowanie lepszy od innych dni tego tygodnia.


Kartka chyba z jesieni. Jak widać marzenia się spełniają, tylko trzeba dać im trochę czasu. I może trochę im pomóc?

1 komentarz:

  1. O widzę że nie tylko ja męczę się z francuskim! :D Ja całkiem tego języka nie ogarniam, ale to przez moją "kochaną" nauczycielkę. Także będę w siódmym niebie jak dostanę 2 na koniec roku ;/
    Uwielbiam twój styl. Piszesz tak… lekko. Zazdroszczę ci tego.
    Jacksonka

    OdpowiedzUsuń