Na wstępie napiszę, że przez cały tydzień nie miałam pojęcia o czym będzie dzisiejszy post. Jednak dzisiejsza rozmowa z przyjaciółką przy obiedzie mnie "oświeciła". Tak więc możecie być jej wdzięczni, że ten post ma ręce i nogi ;)
Druga sprawa - przepraszam, że tydzień temu nie było notki, ale kompletnie nie miałam czasu. W piątek gdy tylko wróciłam do domu, przebrałam się i od razu pojechałam na jazdę. W sobotę jazda wyjątkowo była przeniesiona na 10. W stajni byłyśmy pół godziny wcześniej. Do domu wróciłam około 16, zjadłam obiad, trochę się pouczyłam, a o 19 znowu do koni, nie na jazdę. W niedzielę pojechałyśmy (ja i Luśka) z panią Kasią na jakiś festyn, żeby robić oprowadzki na Mitrze. Zajęło to kilka godzin. Wróciłam do domu - zjadłam obiad - trochę się pouczyłam. Poszłam do Kościoła, a potem na 19 na jazdę - na ogierze :) Więc kompletnie nie było czasu.
I jeszcze coś. Ten tydzień był bardzo udany. Miało być 5 testów - były tylko 3. I były całkiem łatwe. Nawet francuski!
Ok, wystarczy o mnie.
----------------------------------------------------------------------------------
Miałyśmy dzisiaj sześć lekcji, a na ósmej miałam poprawiać test z historii. Miałam godzinę wolnego, więc poszłyśmy z Zośką coś zjeść. Zazwyczaj robimy tak w piątki. Taka nasza tradycja. Wtedy gadamy o całym tygodniu, o wszystkim co się wydarzyło, a potem przechodzimy na "poważniejsze" tematy. Tak całkowicie spontanicznie.
I właśnie dzisiaj uświadomiłam sobie, jak wielkie mam szczęście - mam gdzie mieszkać, mam co jeść, mam rodzinę, która mnie kocha, mam przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć, mogę się uczyć, stać mnie na ubrania, mogę jeździć konno...
A ja narzekam, że nie mogę pojechać na rajd, bo jadę wtedy do babci.
Są osoby, które są załamane, że nie stać ich na najnowszy tablet czy smartfon. A przecież są ludzie, których nie stać na jedzenie! Którzy umierają z głodu! Wszyscy narzekają, że mają ciężko w życiu. Ale czy oni zdają sobie sprawę z tego, co to znaczy mieć ciężkie życie?
Ciężkie życie, to nie mieć domu, nie mieć rodziny. A nie nosić tą samą sukienkę od dwóch miesięcy.
Ludzie narzekają, że w Polsce jest ciężko. Ale odpowiedzcie sobie sami na jedno pytanie - gdzie nie jest ciężko?
W Ameryce? Może i kiedyś tak było. Wszyscy mówili, że Ameryka to potęga, w Ameryce jest najlepiej, Amerykanie mają to i tamto... A potem przyszło World Trade Center. Mimo to, że było to już 13 lat temu, nikt tak jak amerykanie, nie boi się zamachu.
Doceńcie to co macie.
Na przykład ja - w sumie jestem całkiem szczęśliwą osobą.
Nie mam raka,
Nie mam AIDS,
Jestem zdrowa,
Mam gdzie mieszkać,
Mam co jeść,
Mam przyjaciół,
Mam rodzinę,
Mogę się uczyć,
Mogę jeździć konno...
Nie ma sensu narzekać na pewne drobnostki.
Jak wiecie, dzisiaj jest pierwszy piątek. Po szkole, gdy wróciłam do domu, zdążyłam się tylko napić i od razu pobiegłam do Kościoła. Kiedy po mszy z niego wyszłam, zobaczyłam siedzącego pod drzwiami czarnego mężczyznę z dzieckiem na rękach. Dziecko nie było małe, miało około 5 lat. Tak mi się przynajmniej wydaje. Znam tą całą historię o żebraczkach z dziećmi (
TUTAJ). Jednak ten chłopiec nie spał. Kiedy przechodziłam obok dziecko spojrzało na mnie oczami pełnymi cierpienia. Mimo to ruszyłam w kierunku domu. Twierdziłam, że po prostu facet chce wyciągnąć od ludzi pieniądze. Ale idąc, cały czas nie mogłam przestać myśleć o tym chłopcu. Sama nie wiedziałam, co zrobić w tej sytuacji.
"Michael Jackson" - powiedziałam w myślach. Próbowałam spojżeć na całą sytuację tak, jak on by to zrobił. Kochał dzieci. Pomyślałam sobie, że ten chłopiec cierpi i to nie ze swojej winy. Zrobiło mi się tak strasznie przykro. Opowiadam wszystkim naokoło, że Michael był wzorem do naśladowania i że jest moim bohaterem. A przecież nigdy nie zrobiłam niczego tak dobrego co robił on. Nie odwiedziłam żadnych dzieci w domu dziecka, nie dałam nikomu takiemu pieniędzy... Teraz nadarzyła się okazja, by być choć trochę tak dobra jak on. Ale z drugiej strony, wciąż nie miałam pewności, czy to nie oszuści.
Szłam sobie dalej, ale coś kazało mi zawrócić. Po prostu czułam, że muszę tam wrócić. Jednak cały czas nie wiedziałam czy to słuszna decyzja. Zadzwoniłam wtedy do Luśki. Stwierdziła, że jeśli jestem pewna, że to dziecko cierpi, że jest chore, to powinnam tam wrócić. Tak zrobiłam. Miałam w kieszeni 10 złotych. I nie wiedziałam co z nimi zrobić.
No właśnie. Miałam pieniądze i nie wiedziałam co z nimi zrobić. A są ludzie, którzy nie mają ani grosza. Zawróciłam i poszłam w kierunku kościoła. Cały czas tam byli. Podeszłam do nich, uśmiechnęłam się i dałam mężczyźnie dziesięciozłotowy banknot. Spojrzał na mnie tak, jak chyba jeszcze nikt tego nie zrobił. W jego oczach była ogromna wdzięczność. Taka, jakiej nawet nie można sobie wyobrazić. "Dziękuję" - wyszeptał. Odchodząc, popatrzyłam jeszcze na tego chłopca.Z pewnością był chory. To było widać.
Kiedy szłam w kierunku domu cieszyłam się, że zrobiłam coś dobrego. Jednak wciąż zadawałam sobie jedno pytanie. Ze łzami z oczach. Dlaczego niewinne dzieci muszą tak cierpieć?