poniedziałek, 9 listopada 2015

Czasami potrzebna jest przerwa

Czasami potrzebna jest przerwa.
Naprawdę.

Bo kiedy codziennie kursujesz jedynie na trasie szkoła - dom - stajnia, po pewnym czasie możesz mieć dość. I to jest całkowicie normalne.

Czasem trzeba wyrwać się z tej rutyny, żeby nie zwariować. Czasami wszystko po prostu nas przerasta. Mamy dość tej cholernej rutyny, każdego dnia wyglądającego tak samo. Marzymy o jedynie krótkiej przerwie. Która bywa bardzo potrzebna.

Tak było w moim przypadku. Ostatnio trochę rzeczy mnie przytłoczyło. Miało to głównie związek z zanikiem wiary we własne możliwości, ale o tym innym razem. W skrócie powiem, że mimo tego, że niezwykle się starałam, na treningu miałam problem z najprostszymi rzeczami, które zwykle przychodziły mi bez problemu - z tym samym koniem.
Doszło jeszcze spoko pracy w szkole, przejście z gimnazjum do liceum chyba nigdy nie jest proste. 

Dzisiaj, kiedy zadzwonił budzik, miałam ochotę schować się pod kołdrę i spędzić tam najbliższą godzinę płacząc przy dźwiękach Don't Cry Gunsów. I wiecie co? Zrobiłam to.

I tak naprawdę jeden dzień wystarczył mi, żeby porządnie się ogarnąć. Rano zabrałam się za sprzątanie, które zajęło mi kilka godzin, później przejrzałam kalendarz i spisałam najważniejsze rzeczy do zrobienia, potem przygotowałam listę na cały tydzień.

Obejrzałam filmy z poprzednich pokazów, co dało mi niesamowitego kopa do działania - przypomniałam sobie, jak było dwa lata temu, kiedy trzy treningi tygodniowo to było dla mnie tak dużo, jak bardzo trzymałam się wtedy planu, żeby ze wszystkim się wyrobić... przypomniałam sobie, jak fajnie wtedy było.

Uświadomiłam sobie, że bardzo dobrze wspominam sytuacje, kiedy miałam mnóstwo rzeczy na głowie, kiedy musiałam planować niemal każdą minutę. Postanowiłam, że będę teraz tak zorganizowana jak wtedy. 

Poświęciłam dzień na zorganizowanie przestrzeni wokół siebie - kiedy żyje się w takim miejscu, jakim był mój pokój kilka godzin temu, to zupełnie nic się nie chce. Teraz jeszcze czyszczę ustawienia fabryczne w moim telefonie, który tnie się jak nigdy.

A od jutra znów będę pozytywną i zmotywowaną osobą, jak kiedyś.

Trzymajcie kciuki! :)

P.S.
Post wyszedł jak wyszedł, ale po tak długiej przerwie od czegoś trzeba zacząć. Mam nadzieję, że da się to czytać :)

niedziela, 19 lipca 2015

Co się działo przez ostatnie miesiące?

Trochę zmian. Przez ostatnie miesiące nie było postów, bo miałam wiele ważniejszych spraw na głowie. Wyciąganie ocen na koniec roku i pokaz...  W kwietniu było podobnie - egzaminy i pokaz. Nie lubię, kiedy takie rzeczy mi się nakładają, ale co zrobić?

Jestem z siebie zadowolona. Pokaz się udał, pasek jest i dostałam się do biol-chemu w VII LO. I w sumie to trochę pchnęło mnie do powrotu tutaj - zdecydowałam się na przedmioty ścisłe i nagle odkryłam w sobie wielką potrzebę pisania. Blog chyba jest w tym wypadku najlepszym rozwiązaniem.

Jeszcze nie do końca wiem, o czym zamierzam pisać. Chcę, żeby moje posty były ciekawe i żeby dobrze się je czytało. Będzie na pewno coś w stylu tego, co pisałam w zeszłym roku przed wakacjami, trochę o muzyce (ale na pewno nie będzie to wyglądało jak post o Queen, bo niedawno doszłam do wniosku, że jest beznadziejnie nudny) i oczywiście o koniach. Starałam się o tym nie pisać i w efekcie nie pisałam wcale. Doszłam do wniosku, że może to nikogo tutaj nie interesować, ale... To jednak bardzo ważna część mnie, i posty o jeździectwie będą się pojawiały.

Jeżeli chcecie poczytać o czymś konkretnym, poznać moją opinię na jakiś temat - piszcie w komentarzach. Mam zamiar w końcu wziąć się za to miejsce.

Jak widać zmieniłam tytuł, adres i szatę graficzną. Potrzebowałam jakiejś zmiany - teraz to wszystko jest dużo bardziej przejrzyste i właśnie o to mi chodziło :)

Jeśli chodzi o wakacje - miałam plany pod koniec sierpnia zdawać na srebrną odznakę. Jednak nic z tego - jakiś czas temu skręciłam kostkę i wpakowali mnie na tydzień w gips. Przepadło mi mnóstwo treningów, więc pewnie zdam za rok... Przynajmniej będę mieć czas, żeby nauczyć się teorii :)

piątek, 26 grudnia 2014

Queen


Brytyjski zespół rockowy.
Na początek - w skrócie - historia założenia.

W 1968 Brian May szukał członków do zespołu, który zamierzał założyć. Studiował wtedy na Imperial College w Londynie, więc postanowił napisać krótką notatkę i umieścić ją na tablicy ogłoszeń. Szybko zgłosili się Tim Staffel (wokalista oraz basista) i Roger Taylor (perkusista). Brian grał na gitarze. Zespół nazywali Smile. Mimo niewątpliwego talentu muzyków - nie odnieśli specjalnego sukcesu. Tim zraził się niepowodzeniem i opuścił grupę.
W 1970 roku chłopcy przyjęli nowego wokalistę - Farrokha Bulsarę (czyli Freddiego), który wymyślił nazwę zespołu - Queen.
Po roku poznali Johna Deacona, który został basisą (i nikt o nim nie pamięta, ale o tym w osobnym poście :))


Członkowie - w skrócie



FREDDIE MERCURY
Wokalista
Urodził się na Zanzibarze, chodził do szkoły w Indiach. Jako jeden z nielicznych rockman'ów dobrze wspomina szkolne czasy. W wieku 18 lat wyemigrował z rodziną do Wielkiej Brytanii, gdzie poznał Briana i Rogera (dzięki Timowi Staffelowi). Był zadeklarowanym biseksualistą. Irytowały go pytania w stylu "Freddie, z kim sypiasz?" i niejednokrotnie odpowiadał "Z kobietami, mężczyznami, a także z kotem".

BRIAN MAY
Gitarzysta
W wieku pięciu lat zaczął grać na pianinie, dwa lata później dostał swoją pierwszą gitarę. Jednak po pewnym czasie przestała mu wystarczać i nie było go stać, aby kupić kolejną. 16- letni Brian postanowił stworzyć ją razem z ojcem. Gitara ta, nazwana Red Special, wykonana została m.in. z fragmentu starego piecyka, części motocykla i zwykłych guzików. Była jedyna w swoim rodzaju, jej brzmienie było niepowtarzalne. May gra na niej do dzisiaj.

ROGER TAYLOR
Perkusista
Poznał Briana na uczelni, studiował biologię. Początkowo grał na gitarze akustycznej, jednak po pewnym czasie uświadomił sobie, że najlepiej czuje się w roli perkusisty. Roger także śpiewa - jego głos ma bardzo ciekawą barwę :)
JOHN DEACON
Basista
Jako ostatni dołączył do zespołu, odpowiadając na ogłoszenie, które reszta zamieściła w prasie. Został przyjęty po przesłuchaniu. Z wykształcenia jest elektrykiem. Odszedł z zespołu w 1997, w 2000 oficjalnie wycofał się z działalności muzycznej.


No, to teraz moja lista:

1. The Show Must Go On
Jeden z ostatnich utworów Queen, nagrany tuż przed śmiercią Freddiego. Jednak jego wokal jest niezwykły, silny... Wiedział, że nie zostało mu wiele czasu i dał z siebie wszystko, a nawet więcej.





2. "These Are The Days Of Our Lives"
Utwór tak samo pochodzący z płyty Innuendo. Tekst jest bardzo... prawdziwy.



3. If You Can't Beat Them
Bardzo pozytywna i motywująca kompozycja :)


4. Let Me Live
To chyba mój ulubiony utwór. Bardzo podoba mi się to, że spiewa cała trójka - Freddie, Roger i Brian. Każdy z nich ma wyjątkową, niepowtarzalną barwę głosu, szczególnie Roger. Takie połączenie - po prostu coś niesamowitego!

5. '39
Kawałek Briana. Uwielbiam ten jego ciepły, delikatny głos. Bardzo przyjemnie się go słucha. Na koncertach śpiewał również Mercury, ale zdecydowanie wolę wykonanie May'a.

6. Friends Will Be Friends
Najpiękniejsza piosenka o przyjaźni! Tekst jest taki kochany (nie umiem wymyślić lepszego określenia, przepraszam ;__; )

7. I Want To Break Free
Chyba najbardziej znany i charakterystyczny utwór Queenu. No i ten teledysk :)

8. I'm Going Slightly Man
No, to jak już mówię o teledyskach - ten to mój absolutnie numer 1! Brian - pingwin, Roger na rowerku... Chłopcy rozwalają system :D No i zwróćcie uwagę na Freddiego - mimo swojego stanu, wciąż ma w sobie ten power...

9. Bohemian Rhapsody


Ciekawostki o zespole - i jego członkach (źródło: http://queencorner.ovh.org/)

Kiedy rozsyłano do stacji radiowych promocyjne krążki "Queen" (pierwsza płyta Queen z 1973 r.), EMI dołączało do nich mini-biografie członków zespołu, w formie kwestionariuszy. Brian May w rubryce "ambicje" wpisał "zostać pingwinem kiedy będę starszy". I w 1991 roku chyba udało mu się spełnić to marzenie, jeśli popatrzeć na niego w teledysku "I'm Going Slightly Mad".


Freddie miał zwyczaj nadawać ludziom ze swojego najbliższego otoczenia "kswyki" z żeńskich imion - nawet jeśli nie zgadzały się z płcią delikwenta :) Na przykład:
Brian May - Maggie
Roger Taylor - Betty (po Elizabeth Taylor, ktorej Freddie był wielkim fanem)
Peter Freestone (osobisty asystent Freddiego) - Phoebe
John Deacon - Belicia (po aktorce Belici Beacon)
Joe Fanelli (osobisty asystent Freddiego) - Liza
Chris Taylor (roadie) - Crystal
Elton John - Sharon
Sobie samemu Freddie nadał imię Melina, po Melinie Mercouri.

W 1979 roku przed koncertem w Saarbrucken Roger próbował zafarbować sobie włosy. Coś jednak nie wyszło i otrzymał kolor zielony. Za mało było już czasu żeby coś z tym zrobić, co zaowocowalo jednym z najbardziej obciachowych momentów w jego życiu, jak sam potem stwierdził. Freddie w trakcie koncertu kilkakrotnie nabijał się z Taylora, co wprawiło go w taką frustrację, iż po występie rozwalił swój zestaw perkusyjny.

Na jednym z koncertów w Montrealu (najprawdopodobniej 26-1-1977) Brianowi spalił się wzmacniacz. Przerażony zaczął coś przy nim grzebać, przestawiać I jeszcze bardziej panikować. Freddie siedział przy pianinie i według planu - jego mikrofon miał być wyłączony. Brian w końcu do niego podbiegł i powiedział o usterce, na co Freddie półgłosem "po prostu poskacz sobie i udawaj że grasz - te bałwany i tak nie zauważą różnicy". Mikrofon był włączony. Sala wybuchnęła śmiechem.

Brian May, grając na gitarze często używał zamiast zwykłej kostki monety sześciopensowej. Po tym, jak ten rodzaj monet został wycofany z obiegu w Wielkiej Brytanii, udało mu się nakłonić mennicę państwową do wybicia dodatkowej serii sześciopensówek, aby móc używać ich do gry.

Sztokholm'84 - kiedy zaczyna się "Save Me", Freddie zaczyna śpiewac "It started all so well" ("tak dobrze wszystko się zaczęło"). Brian jednak myli i spóźnia się na pianinie, co Freddie kwituje - "No, zbyt dobrze to się k...a nie zaczęło" po czym obaj wybuchają śmiechem i zaczynają od nowa.

Gdy asystent Queen, a w szczególności Rogera Taylora, wszedł na scenę podczas koncertu przynosząc im wodę, Freddie obwieścił 12 tysiącom ludzi: 
- To jest Crystal i słyszalem, że ma dużego ku...a i jest dobry w łóżku.

Kiedy zespół koncertował w RPA, pewnego wieczoru, kiedy muzycy mieli czas wolny, zabrano ich i ekipę do wodopoju, żeby mogli sobie pooglądać dzikie zwierzęta. Dalej zacytuję Spike Edney'a: "Przeszliśmy 10 mil drogą, wlokąc kosze z butelkami szampana. Byli wszyscy: zespół, ekipa, ochroniarze. Nikt wcześniej nie uczestniczył w podchodzeniu do dzikich zwierząt, więc panowało spore podniecenie. Wszyscy się uciszali "Ćśś..nie możecie hałasować, bo zwierzęta się wystraszą." Przez 10 minut siedzieliśmy nieruchomo w całkowitym milczeniu. Nagle tuż przed nami przeleciała ćma, a Freddie zapytał: "Niech mnie szlag, to mają być te dzikie zwierzęta?!"
Oczywiście wszyscy zaczęli wyć ze śmiechu, zwierzęta się wypłoszyły, a nasz przewodnik powieddział: "Równie dobrze możemy wracać do domu. Dzisiaj już niczego nie zobaczymy".

Więcej ciekawostek na temat Queen znajdziecie TUTAJ

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Wham!

W najbliższym czasie zamierzam dodać kilka wpisów o moich ulubionych zespołach i artystach. Zaczynam od Wham! Większość osób kojarzy ich tylko z "Last Christmas", a tak naprawdę, nagrali mnóstwo innych fantastycznych utworów.


Wham! zostało założone w 1981 roku, przez dwóch przyjaciół - George'a Michaela i Andrew Ridgeleya. Chłopcy poznali się jeszcze w szkole. George był nowy i trudno było mu się odnaleźć. Podobno był wściekły kiedy nauczyciel kazał mu usiąść obok nielubianego Andrew. Jednak szybko się zaprzyjaźnili. Początkowo pracowali jako kelnerzy (m.in. w dyskotece Club Tropicana).

Wydali jedynie 3 albumy studyjne, ponieważ zespół został rozwiązany już w 1986.
-Fantastic
-Make it big
-Music from the edge of heaven


Najlepsze (moim zdaniem) utwory:

1. "Freedom"
Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam! Ta piosenka zawsze mnie motywuje, jest bardzo pozytywna. Ciepły głos George'a, gitara Andrew... Wystarczy, że raz posłucham i od razu mam w sobie siłę do działania.



2. "Club Tropicana"
Bardzo wakacyjna piosenka, przyjemnie się słucha. Mam z nią dużo pozytywnych wspomnień, głównie związanych właśnie z wakacjami. Miałyśmy kiedyś z moją przyjaciółką taką zabawę przy oglądaniu tego teledysku. Wyobrażałyśmy sobie nas w rolach Pepsi i Shirlie, a zamiast Andrew i George'a... no, nieważne ;)



3. "Wake Me Up Before You Go-Go"
To chyba jedyny utwór, którego nie znienawidziłam po ustawieniu go jako budzik w telefonie :) Potrafi mnie obudzić i nawet zmotywować do wstania z łóżka (!). Inspiracją dla George'a była karteczka zostawiona przez Andrew dla jego rodziców. Notatka miała brzmieć "Wake me up before you go", jednak Andrew przez przypadek napisał dwa razy "up", więc postanowił dopisać jeszcze jedno "go" :)




5. "Heartbeat"





6. "Careless Whisper"
Podobno przebój powstał gdy 17-letni wówczas Michael kupował bilet w autobusie. Gdy podawał kierowcy pieniądze, w jego głowie pojawiła się słynna melodia saksofonu. Był to autobus linii 32 (bardzo ważne :P).
Jeśli chodzi o moje odczucia dotyczące utworu, to kojarzy mi się z zimowymi wieczorami w stajni i przedzieraniem się z koniem przez śnieg, aby dojść do namiotu na trening. Nie mam pojęcia dlaczego.




7. "I'm Your Man"





8. "Last Christmas"
Nie mogło zabraknąć na tej liście chyba największego świątecznego przeboju :) Kocham tą piosenkę i ten teledysk... Taki cudowny George i Andrew! Mogę oglądać to godzinami, nie żartuję :)




I taka mała ciekawostka na koniec - wiecie, że Andrew również robił karierę jako wokalista? Po rozpadzie Wham! powstało kilka jego kawałków. Jednak Ridgeley nie zdobył dzięki nim specjalnie większej popularności.

piątek, 19 grudnia 2014

Snow is falling...

No tak, miesiąc temu zapowiadałam wielki powrót... i co? I nic. Szczerze mówiąc, bez sensu się ciągle tłumaczyć, że nie dodałam postu, bo to, bo tamto. Będę dodawać - jak napiszę.

No cóż - mamy 19 grudnia. Święta zbliżają się wielkimi krokami. Więc może... jakaś świąteczna playlista?


1. Wham! - Last Christmas
No, nie ma co tu dużo pisać - po prostu przebój świąteczny od 30 lat :) 
Jeśli chodzi o Wham!, to szkoda, że większość osób kojarzy ich tylko z tym utworem. Ja osobiście uwielbiam George'a Michaela :D No i oczywiście Andrew <3





2. The Jackson 5 - Santa Claus is comin' to town
Wbrew pozorom (!) nie wrzucam tej piosenki tylko ze względu na moją miłość do Michaela ;) Moim zdaniem to najlepsze wykonanie tej piosenki, przynajmniej z tych, które słyszałam. Po prostu ma w sobie "to coś" :)







3. Band Aid - Do They Know It's Cristmas?

4. The Ramones - Christmas Time (I don't want to fight tonight)


5. Iron Maiden - Another Rock and Roll Christmas

6. Thank God It's Christmas


7. Shakin' Stevens - Merry Christmas Everyone


8. John Lennon - Happy Xmas (War is Over)


To chyba tyle...
Merry Christmas Everyone! :)

piątek, 7 listopada 2014

Co nowego?

Ok, wydaje mi się, że należy wam się trochę wyjaśnień. Nie pisałam postów i nie komentowałam waszych notek. Ale trzy ostatnie miesiące były takie dość nieogarnięte. Musiałam przyzwyczaić się na nowo do tego piekła, które potocznie jest nazywane szkołą. Ciągle miałam jakieś zmiany w planie lekcji. Mam w tym roku egzamin gimnazjalny, więc ciągle piszemy jakieś testy powtórzeniowe i jest tego naprawdę dużo... Cały czas też zastanawiam się nad liceum, chciałabym dostać się do VI LO, ale jeszcze nie zdecydowałam na jaki profil, dlatego chwilowo muszę przykładać się do wszystkiego. Jest tam dość wysoki poziom, dlatego będę starać się o pasek (chociaż szanse są marne...).
Zastanawiam się nad klasą dziennikarską i cały czas zbieram się w sobie na napisanie artykułu do takiej jednej gazety (bo mam taką możliwość). Mam napisać artykuł o Michaelu ale cały czas wkładam w to zbyt dużo emocji, muszę się trochę zdystansować.
Do tego dokładają się treningi w stadninie - bo przygotowujemy pokaz na mikołajki. Aktualnie ledwo co mam czas na jedzenie posiłków o względnie normalnych porach, a co dopiero mówić o pisaniu bloga.
Niektórzy twierdzą, że biorę sobie za dużo na głowę, ale... Ja tego potrzebuję :) Zauważyłam, że zdecydowanie lepiej pracuje mi się pod presją czasu. Teraz jeszcze ograniczyłam korzystanie z facebooka (spędzam na nim max. 5 min dziennie) i myślę, że w końcu uda mi się rozpisać jakiś plan tygodnia i wreszcie się ogarnę :)
Zamierzam też przyłożyć się w końcu do tego bloga. Piszę niezbyt często, ale szczerze mówiąc, to wolę dodawać raz na jakiś czas coś sensownego, niż codziennie pisać coś bez sensu, czego i tak nikt nie będzie miał ochoty czytać.

Teraz - może w skrócie - co u mnie? Ostatnio pisałam o tym, że zdałam na odznakę, a od tego czasu... No, jest kilka sukcesów :)
Pod koniec września były zawody - eliminacje do hubertusa. A jakieś dwa tygodnie przed nimi powiedziano mi, że nie pojadę na Natanie. Ze względów bezpieczeństwa. Mocno się wtedy podłamałam, i kompletnie nie wiedziałam co zrobić. Ale chwilę po tym wrócił mój trener (przez miesiąc go nie było) i udało mi się go przekonać, żebym pojechała na Natanie w zawodach. Byłam przeszczęśliwa. Zakwalifikowaliśmy się do gonitwy i zajęliśmy trzecie miejsce!

Tydzień później pojechaliśmy (ekipa z naszej stajni) na zawody do Bukowiny Tatrzańskiej. Jechałam na koniu, którego widziałam pierwszy raz w życiu na oczy i... zajęłam drugie miejsce :)

Trzy tygodnie temu był hubertus. Spełniło się moje marzenie - jechałam na Natanie! Przed gonitwą byłam w terenie. Natan szalał. Wierzgał i co chwila rzucał się przed siebie galopem. Byłam przerażona i zastanawiałam sie, czy się nie wycofać z gonitwy. Próbowałam się jakoś uspokoić. "Jeśli wygram to dzisiaj, na koniu który dostaje szału i nie chce współpracować, to będzie jeszcze większy sukces, niż zrobienie tego samego na jakimś normalnym koniu" - powtarzałam to sobie wyjeżdżając na pole, gdzie miała być gonitwa. Umierałam ze strachu, a Natan wyczuł moje emocje i strasznie się szarpał. Ale jakoś udało mi się ogarnąć. I... wygrałam.



Jestem naprawdę strasznie dumna! :D

Odchodząc od tematu koni, wracając do nowych sytuacji, to słucham teraz trochę innej muzyki, głównie rocka. Dalej kocham MJ, ale od jakiegoś czasu uwielbiam Queen, Guns N' Roses, AC/DC i trochę Rolling Stones'ów. I jeszcze The Ramones. A mój idealny ideał to Brian May <3

To chyba na tyle, ale mam trochę pomysłów na posty :)

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Brązowa odznaka jeździecka

Nie pisałam od bardzo długiego czasu, w zasadzie to mój pierwszy post w te wakacje. Kompletnie nie miałam czasu, żeby zajmować się blogiem, bo byłam zajęta czymś zupełnie innym - przygotowywałam się do egzaminu na brązową odznakę jeździecką. Oprócz warsztatów w stadninie miałam jeszcze treningi (musiałam być w stajni o 7!), a kiedy po 17-18 wracałam do domu to uczyłam się teorii. 345 pytań.

Nie napisałam o tym wcześniej, bo gdybym nie zdała, to byłby wstyd ;)

Zdawałam egzamin na Mazurach, w Kierzbuniu. Duża stajnia, około 90 koni. Poznałam tak drugiego najcudowniejszego konia (po Natanie oczywiście) na świecie - Haryzmę*! Wspaniale nam się współpracowało.

Byłam w Kierzbuniu przez tydzień. Codziennie miałam trening do odznaki, i jedną jazdę oprócz tego. Ostatniego dnia, czyli wczoraj, skakaliśmy crossowe przeszkody :D

Tu kilka zdjęć z treningów:
     
     

     









Teraz kilka słów o tym, jak wyglądał dzień egzaminu.

Obudziłam się około siódmej, żeby na spokojnie się przygotować. Śniadanie było o dziewiątej. Szybko je zjadłam, i od razu pobiegłam do pokoju, żeby się przebrać. Założyłam białe bryczesy i uświadomiłam sobie, że nie ma szans, abym ich nie ubrudziła czyszcząc konia. Tak samo z białą koszulką. Założyłam więc na siebie jeszcze dżinsową koszulę, a na nogi takie specjalne ochraniacze (nie mam pojęcia jak to nazwać) przeciwdeszczowe, do jazdy w terenie. Sięgały mniej więcej do czapsów, więc bryczesów nawet nie było widać. Dwadzieścia po dziewiątej byłam już w stajni i czyściłam Haryzmę. Miałyśmy być gotowe dopiero na dziesiątą, a jej czyszczenie zazwyczaj zajmowało mi kilka minut. Jednak chciałam, aby wyglądała idealnie. Poza tym pierwsza część egzaminu to opieka stajenna. Sprawdzają czy koń jest czysty. Haryzma zdecydowanie była :) Kazali mi jeszcze podnieść dwie nogi i założyć siodło. No i opiekę stajenną zaliczyłam :)

Następne było ujeżdżenie. Wszyscy poszliśmy na halę, kilka osób rozprężało konie. Ja na szczęście nie musiałam się tym przejmować, bo na Haryzmie jechała jeszcze dziewczyna zdająca srebro, i ona się tym zajęła.
Najpierw ujeżdżenie jechali zdający na srebro (3 osoby). W sumie jechałam jako szósta. Zaczęłam się stresować, kiedy okazało się, że z osób jadących przedemną zdały tylko dwie. Jednak kiedy wsiadłam na konia, skupiłam się tylko i wyłącznie na nim. Część ujeżdżeniową zaliczyłam bez problemu. Ale ponad połowa osób nie zdała.

Od razu poszłam na plac, gdzie mieliśmy zdawać skoki. Wzięłam jeszcze Haryzmę na rozprężalnię i trochę poskakałyśmy. Szło nam dobrze, więc poszłyśmy zaliczać część skokową. Poszło bez problemu. Potem już kompletnie się nie stresowałam i szybko zaliczyłam teorię.

Tutaj film z egzaminu:





-------------------------------------------------------------------------
*Dla osób, które mają z tym jakiś problem (tak jak mój tata...) - ten koń ma na imię Haryzma, przez samo "H", nie zrobiłam tutaj błędu. Zazwyczaj, kiedy koń się rodzi, to dostaje imię na taką samą literę jak imię matki. Matka Haryzmy to Harmonia.

piątek, 6 czerwca 2014

Doceniajmy to, co mamy.

Na wstępie napiszę, że przez cały tydzień nie miałam pojęcia o czym będzie dzisiejszy post. Jednak dzisiejsza rozmowa z przyjaciółką przy obiedzie mnie "oświeciła". Tak więc możecie być jej wdzięczni, że ten post ma ręce i nogi ;)
Druga sprawa - przepraszam, że tydzień temu nie było notki, ale kompletnie nie miałam czasu. W piątek gdy tylko wróciłam do domu, przebrałam się i od razu pojechałam na jazdę. W sobotę jazda wyjątkowo była przeniesiona na 10. W stajni byłyśmy pół godziny wcześniej. Do domu wróciłam około 16, zjadłam obiad, trochę się pouczyłam, a o 19 znowu do koni, nie na jazdę. W niedzielę pojechałyśmy (ja i Luśka) z panią Kasią na jakiś festyn, żeby robić oprowadzki na Mitrze. Zajęło to kilka godzin. Wróciłam do domu - zjadłam obiad - trochę się pouczyłam. Poszłam do Kościoła, a potem na 19 na jazdę - na ogierze :) Więc kompletnie nie było czasu.

I jeszcze coś. Ten tydzień był bardzo udany. Miało być 5 testów - były tylko 3. I były całkiem łatwe. Nawet francuski! 

Ok, wystarczy o mnie.

----------------------------------------------------------------------------------

Miałyśmy dzisiaj sześć lekcji, a na ósmej miałam poprawiać test z historii. Miałam godzinę wolnego, więc poszłyśmy z Zośką coś zjeść. Zazwyczaj robimy tak w piątki. Taka nasza tradycja. Wtedy gadamy o całym tygodniu, o wszystkim co się wydarzyło, a potem przechodzimy na "poważniejsze" tematy. Tak całkowicie spontanicznie.

I właśnie dzisiaj uświadomiłam sobie, jak wielkie mam szczęście - mam gdzie mieszkać, mam co jeść, mam rodzinę, która mnie kocha, mam przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć, mogę się uczyć, stać mnie na ubrania, mogę jeździć konno...

A ja narzekam, że nie mogę pojechać na rajd, bo jadę wtedy do babci.

Są osoby, które są załamane, że nie stać ich na najnowszy tablet czy smartfon. A przecież są ludzie, których nie stać na jedzenie! Którzy umierają z głodu! Wszyscy narzekają, że mają ciężko w życiu. Ale czy oni zdają sobie sprawę z tego, co to znaczy mieć ciężkie życie?

Ciężkie życie, to nie mieć domu, nie mieć rodziny. A nie nosić tą samą sukienkę od dwóch miesięcy.

Ludzie narzekają, że w Polsce jest ciężko. Ale odpowiedzcie sobie sami na jedno pytanie - gdzie nie jest ciężko?
W Ameryce? Może i kiedyś tak było. Wszyscy mówili, że Ameryka to potęga, w Ameryce jest najlepiej, Amerykanie mają to i tamto... A potem przyszło World Trade Center. Mimo to, że było to już 13 lat temu, nikt tak jak amerykanie, nie boi się zamachu.

Doceńcie to co macie.

Na przykład ja - w sumie jestem całkiem szczęśliwą osobą.
Nie mam raka,
Nie mam AIDS,
Jestem zdrowa,
Mam gdzie mieszkać,
Mam co jeść,
Mam przyjaciół,
Mam rodzinę,
Mogę się uczyć,
Mogę jeździć konno...

Nie ma sensu narzekać na pewne drobnostki.


Jak wiecie, dzisiaj jest pierwszy piątek. Po szkole, gdy wróciłam do domu, zdążyłam się tylko napić i od razu pobiegłam do Kościoła. Kiedy po mszy z niego wyszłam, zobaczyłam siedzącego pod drzwiami czarnego mężczyznę z dzieckiem na rękach. Dziecko nie było małe, miało około 5 lat. Tak mi się przynajmniej wydaje. Znam tą całą historię o żebraczkach z dziećmi (TUTAJ). Jednak ten chłopiec nie spał. Kiedy przechodziłam obok dziecko spojrzało na mnie oczami pełnymi cierpienia. Mimo to ruszyłam w kierunku domu. Twierdziłam, że po prostu facet chce wyciągnąć od ludzi pieniądze. Ale idąc, cały czas nie mogłam przestać myśleć o tym chłopcu. Sama nie wiedziałam, co zrobić w tej sytuacji.

"Michael Jackson" - powiedziałam w myślach. Próbowałam spojżeć na całą sytuację tak, jak on by to zrobił. Kochał dzieci. Pomyślałam sobie, że ten chłopiec cierpi i to nie ze swojej winy. Zrobiło mi się tak strasznie przykro. Opowiadam wszystkim naokoło, że Michael był wzorem do naśladowania i że jest moim bohaterem. A przecież nigdy nie zrobiłam niczego tak dobrego co robił on. Nie odwiedziłam żadnych dzieci w domu dziecka, nie dałam nikomu takiemu pieniędzy... Teraz nadarzyła się okazja, by być choć trochę tak dobra jak on. Ale z drugiej strony, wciąż nie miałam pewności, czy to nie oszuści.

Szłam sobie dalej, ale coś kazało mi zawrócić. Po prostu czułam, że muszę tam wrócić. Jednak cały czas nie wiedziałam czy to słuszna decyzja. Zadzwoniłam wtedy do Luśki. Stwierdziła, że jeśli jestem pewna, że to dziecko cierpi, że jest chore, to powinnam tam wrócić. Tak zrobiłam. Miałam w kieszeni 10 złotych. I nie wiedziałam co z nimi zrobić. 

No właśnie. Miałam pieniądze i nie wiedziałam co z nimi zrobić. A są ludzie, którzy nie mają ani grosza. Zawróciłam i poszłam w kierunku kościoła. Cały czas tam byli. Podeszłam do nich, uśmiechnęłam się i dałam mężczyźnie dziesięciozłotowy banknot. Spojrzał na mnie tak, jak chyba jeszcze nikt tego nie zrobił. W jego oczach była ogromna wdzięczność. Taka, jakiej nawet nie można sobie wyobrazić. "Dziękuję" - wyszeptał. Odchodząc, popatrzyłam jeszcze na tego chłopca.Z pewnością był chory. To było widać.

Kiedy szłam w kierunku domu cieszyłam się, że zrobiłam coś dobrego. Jednak wciąż zadawałam sobie jedno pytanie. Ze łzami z oczach. Dlaczego niewinne dzieci muszą tak cierpieć?

sobota, 24 maja 2014

Ah, ten "cudowny" poniedziałek...

Do napisania tego postu przymierzałam się już od zeszłego piątku. Postanowiłam, że będzie bardzo motywujący. Chciałam napisać że wszystko da się jakoś zorganizować, że w życiu dostajemy wszystko, tylko czasem z opóźnieniem. Tak wyglądała moja wizja przez weekend. Jednak po pewnym czasie stwierdziłam, że ten post was dowartościuje, bo poczytacie sobie o moich niepowodzeniach.
---------------------------------------------------------------------------------

Poniedziałek. To był jeden z moich gorszych dni w tym tygodniu? miesiącu? roku? Nie ważne. Jednak kompletnie nic mi nie wychodziło. 

Kiedy rano przyszłam do szkoły wszystko było ok. Nawet okazało się, że nie mamy godziny wychowawczej, więc wychodzimy po siedmiu lekcjach. Stwierdziłyśmy z moją przyjaciółką, że pójdziemy wtedy coś razem zjeść. 

Na matematyce dostałam 3- z poprawy sprawdzianu. Ok, to mnie nie załamało, bo chyba i tak nie uda mi się wyciągnąć czwórki na koniec roku. Trudno. Za to na informatyce zawaliła się moja idealna średnia. Nie, żeby mi tak strasznie zależało na ocenach, ale gdybym dalej miała same piątki, dostałabym 6 na koniec. I byłaby też na świadectwie po trzeciej klasie. Potem jeszcze zawaliłam test z francuskiego. 

Kiedy wyszłam ze szkoły, stwierdziłam, że już będzie tylko lepiej. Poszłyśmy z przyjaciółką do McDonalda, żeby coś zjeść. Zastałyśmy kilometrową kolejkę, w której stałyśmy chyba 20 minut. Później, wsiadłam jak zawsze do ósemki, na której jak zawsze było napisane "Bronowice małe". Dopiero w środku okazało się, że ma zmienioną trasę. Wysiadłam z niej pod Bagatelą. Z tamtąd miałam jeszcze inne tramwaje. Które nie wiadomo dlaczego nie przyjechały. Już wiedziałam, że spóźnię się na autobus. Stwierdziłam, że wrócę z mamą.

Bardzo nie lubię z nią wracać, ponieważ prawie zawsze zatrzymujemy się w jakimś sklepie i pochłania to mnóswto czasu. A poza tym, zazwyczaj kończy pracę później niż ja szkołę, więc nie opłaca mi się na nią czekać. Więc zazwyczaj wracam autobusem. Jednak w poniedziałek nie musiałam długo czekać.

W domu byłyśmy o siedemnastej. Gdybym nie poszła z Zośką do tego Maca, to byłabym o 14.30... No ale już trudno. W półgodziny obrobiłam lekcje (?). Nie wiem jak mi się to udało. Potem szybko coś zjadłam i dosłownie pobiegłam do Lusi, jej tata miał nas zawieźć do stajni.

Oczywiście Natan miał mnie w głębokim poważaniu. Ale konie wyczuwają nasze emocje, więc to nic dziwnego. Ćwiczyliśmy różne rzeczy na kantarze sznurkowym (tym razem siedząc na koniu), między innymi odwracanie głowy. Jednak mój ukochany koń odwracał się tylko wtedy, kiedy obok niego przechodził pan Bartek ze swoją zapiekanką -.-

Później jeszcze krzywo sobie stanęłam i noga bolała mnie przez dwa, trzy dni. No i wieczorem jeszcze się uczyłam. Późno poszłam spać. Spałam może 6 godzin. Da się funkcjonować, jednak zazwyczaj śpię około ośmiu.

----------------------------------------------------------------------------

W tym tygodniu naprawdę przekonałam się co to znaczy nie mieć życia. Miałam w szkole pełno prób do konfrontacji teatralnych, pełno kartkówek i innych beznadziejnych rzeczy.

Tak, ale nauczyłam się kilku bardzo ważnych rzeczy:

-nikt nie jest idealny

-kiedy zaczynamy wierzyć w to, że jesteśmy dobrze zorganizowani i wydaje nam się, że dobrze sobie za wszystkim radzimy, to życie postanawia nam udowodnić, że się mylimy, że jest znacznie trudniej niż myślimy

-da się funkcjonować śpiąc sześć godzin na dobę przez pięć dni!

-strona MPK nie informuje o wszystkich zmianach w rozkładzie, nie ufam im już -.-

-kiedy jesteś na najlepszej drodze do osiągnięcia jakiegoś sukcesu, to pod koniec wszystko lubi się zawalić

-konie naprawdę odczytują nasze emocje!

-------------------------------------------------------------------------------

A jeśli chodzi o motywację... To we czwartek znalazłam pewną rzecz. Która pomogła mi uwierzyć w siebie. I piątek był już zdecydowanie lepszy od innych dni tego tygodnia.


Kartka chyba z jesieni. Jak widać marzenia się spełniają, tylko trzeba dać im trochę czasu. I może trochę im pomóc?

piątek, 16 maja 2014

Organizacja czasu - aż taka skomplikowana?

W dzisiejszych czasach, kiedy mamy dostęp do internetu, wszędzie możemy znaleźć mnóstwo sposobów na organizację czasu. Tysiące filmów na youtube, jeszcze więcej wpisów na różnych blogach, forach, stronach internetowych... W księgarniach jest pełno książek na ten temat, są także prowadzone szkolenia w tej dziedzinie.
Czyżby organizacja czasu była tak trudna?

Czy naprawdę potrzebujemy specjalnych szkoleń, aby umieć zaplanować swój dzień i spędzić go w produktywny sposób?

Wydaje mi się, że nie.

Nie wiem czy słyszeliście historię, której głównym bohaterem jest Charles Schwab. 
Gdy Schwab był prezesem Bethlehem Steel, zwrócił się pewnego razu do jednego ze swoich konsultantów, Ivy´ego Lee. Poprosił go, aby nauczył go robić więcej rzeczy w tym samym czasie. Umówili się, że jeżeli sposób Ivy'ego będzie skuteczny, sam wyznaczy sobie wysokość zapłaty.

Lee wręczył wtedy prezesowi kartkę papieru i kazał wypisać najważniejsze rzeczy do zrobienia następnego dnia, oraz ponumerować je, od najważniejszej, do najmniej istotnej. Po przyjściu do pracy Shwab miał zacząć od numeru pierwszego i nie zmieniać zajęcia do płóki tego nie skończy. Później miał przejść do numeru drugiego i tak do końca listy.

Ivy powiedział mu, że jeżeli nie uda mu się skończyć wszystkich zadań - to jest to po prostu niemożliwe, nawet przy użyciu innej metody zarządzania czasem

Shwab miał codziennie przestrzegać tego zwyczaju. Po sprawdzeniu, czy działa, miał wprowadzić go do całego zespołu, po czym wysłać Ivy'emu czek na sumę, której jego zdaniem jest wart ten pomysł.

Jakiś czas później Lee otrzymał od Schwaba czek na 25 000 dolarów razem z listem, z którego wynikało, że jego zalecenie było najważniejszą poradą, jaką w życiu usłyszał

Dzisiaj firma Schwaba jest największym, niezależnym producentem stali na świecie.


Tak więc, aby dobrze wykorzystywać swój czas, należy ustalić priorytety, i wykonywać zadania po kolei. Proste, prawda?